Francja protestuje. Kiedy demokracja przestaje słuchać obywateli

Francja ponownie wychodzi na ulice. Setki tysięcy demonstrantów, strajki, blokady szkół, starcia z policją, zatrzymania coraz częściej porównywane są do pamiętnych wydarzeń z 1968 roku.

Protesty, które rozpoczęły się od postulatów uczniów dotyczących warunków edukacji (braki kadrowe, przepełnione klasy, stan placówek, nierówności w dostępie do edukacji), przerodziły się w masową mobilizację różnych grup społecznych i znacznie wykraczają poza spór o pojedynczą reformę. Do młodzieży dołączyli studenci, pracownicy transportu, związki zawodowe i przedstawiciele ruchu „żółtych kamizelek”. W dniu 17 października w demonstracjach uczestniczyło już, według francuskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, około 550 tysięcy osób. Z kolei organizatorzy wskazywali na znacznie większą liczbę, sięgającą nawet 800 tysięcy. Okazało się, że sektorowe problemy mają wspólne podłoże. Bo choć bezpośrednie przyczyny niezadowolenia są różne – od  planowanych oszczędności budżetowych, przez rosnące koszty życia, po kondycję usług publicznych – wspólnym mianownikiem staje się coraz wyraźniejszy kryzys zaufania do państwa oraz jego instytucji.

Nie jest to zatem wyłącznie kolejny spór o wysokość wynagrodzeń czy skalę wydatków publicznych. Francuskie protesty odsłaniają problem znacznie głębszy: rosnący rozdźwięk między formalnym funkcjonowaniem instytucji demokratycznych a społecznym poczuciem osamotnienia obywateli w zmaganiach z coraz bardziej wymagającą codziennością.

We Francji napięcie między obywatelami a władzą narasta od lat. Protesty przeciw reformie emerytalnej, mobilizacja „żółtych kamizelek”, a obecnie sprzeciw wobec polityki budżetowej pokazują powtarzający się mechanizm: społeczne niezadowolenie znajduje ujście na ulicach, ponieważ tradycyjne kanały reprezentacji i dialogu nie zapewniają wystarczającego poczucia sprawczości. Jak gdyby władze zapomniały, że jakość demokracji zależy również od tego, czy obywatele mają możliwość skutecznego artykułowania swoich potrzeb, a instytucje publiczne są gotowe ich wysłuchać i uwzględnić zgłaszane postulaty.

W efekcie, na niespełna pół roku przed wyborami prezydenckimi kryzys staje się politycznym paliwem. Marine Le Pen, liderka Zjednoczenia Narodowego, przedstawia go jako dowód bankructwa dotychczasowych elit. Jean-Luc Mélenchon, kandydat radykalnej lewicy w wyborach prezydenckich w 2027 roku, kieruje gniew przeciw polityce oszczędności i nierównościom. Osłabiony obóz centrowy ma trudność z przedstawieniem przekonującej odpowiedzi. Polaryzacja społeczna rośnie, a przestrzeń kompromisu nieustannie się kurczy.

Oczywiście protest jest pełnoprawnym narzędziem demokratycznego uczestnictwa, a nie dowodem słabości demokracji. Zdolność obywateli do zbiorowego wyrażania sprzeciwu świadczy o żywotności społeczeństwa obywatelskiego. Problem pojawia się wtedy, gdy demonstracje stają się jednym z niewielu sposobów wymuszenia reakcji władz.

Francja staje dziś przed pytaniem nie tylko o to, jak zakończyć protesty, lecz przede wszystkim, jak odbudować relacje między obywatelami a instytucjami publicznymi. Innymi słowy jest to pytanie o kształt nowej umowy społecznej: podział zysków i kosztów, odpowiedzialne kształtowanie polityk publicznych, niwelowanie nierówności społecznych.

Tych problemów nie rozwiąże ani zwiększona liczba policjantów na ulicach, ani zaproszenie do rozmów przedstawicieli strajkujących. Podobnie jak przywrócenie porządku nie odbuduje automatycznie zaufania do państwa i jego przedstawicieli. Potrzebna jest polityka, w której dialog społeczny nie stanowi jedynie procedury legitymizującej wcześniej podjęte decyzje, ale rzeczywiście może wpływać na ich treść.

Autor: dr Agnieszka Ziętek, Adiunkt w Katedrze Administracji Publicznej, Wydział Politologii i Dziennikarstwa UMCS

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry